Wyobrażam sobie, że…

Rój ma opinie

Grafika

Opowieść o tym, jak opinia – sprawa z natury ludzka, wolna i zwyczajna – została w ciągu jednego pokolenia zamknięta w cudzych bazach danych, obwarowana regulaminami i uzależniona od łaski operatorów platform. A także o tym, co mógłby zmienić rój węzłów Orbiplex, w którym opinia należy do tego, kto ją wypowiedział, a nie do tego, kto trzyma dysk (i zysk).

Trzy krótkie historie

Kamerzysta i Polgrzybix

Mateusz to montażysta filmowy, który po przejściu na emeryturę uczynił swoim hobby coś w rodzaju cichego, obywatelskiego czuwania: jeździ rowerem po obrzeżach miasta, filmuje rury, kominy, wyloty kanałów, pobrudzone węglem dłonie doświadczonych życiowo ludzi z kamienic socjalnych, a potem publikuje krótkie reportaże o tym, co miejscowy urząd ochrony środowiska wolałby widzieć mniej wyraźnie. Sprzęt ma dobry, a prawo zna, bo przez dwa lata montował reportaże dla lokalnej telewizji i nauczył się, że w Polsce filmowanie obiektu z drogi publicznej jest legalne, o ile nie narusza się prywatności cudzych podwórek.

Pewnej środy (a była to środa popielcowa) stanął pod ogrodzeniem zakładu Polgrzybix, który od trzydziestu lat produkuje krem na grzybicę stóp i od dwudziestu wylewa do lokalnego rowu coś, co wygląda jak mętna, biaława woda o zapachu trudnym do opisania kulturalnymi słowami.

Kadr z wideo przedstawiającego płot z szyldem Polgrzybix i piktogramem stopy

Mateusz filmował spokojnie, z pobocza drogi, bez wchodzenia na teren zakładu. Nie wadził nikomu. Po mniej więcej dwudziestu minutach podjechał do niego radiowóz, z którego wysiadło dwóch policjantów lekko zmieszanych własną rolą. Legitymowanie trwało dłużej, niż powinno. Padły sugestie, że „pan prezes zgłosił, żeby sprawdzić”, że „to jest obiekt strategiczny”, że „dobrze byłoby wykasować materiał”. Mateusz nie wykasował. Zażądał podstawy prawnej, spisał numery służbowe i wieczorem pojechał do adwokata.

Pół roku później sąd jasno stwierdził, że legitymowanie odbyło się bez podstawy i w sposób nielegalny, a próba wpłynięcia na treść materiału była nadużyciem uprawnień. Mateusz wygrał, dostał odszkodowanie i coś ważniejszego: prawomocny wyrok, który mógł pokazać innym. Chciał więc zrobić rzecz naturalną – zostawić opinię na stronie internetowej komendy, w której tamtego dnia zapadła decyzja o wysłaniu radiowozu. Nie był to donos ani manifest, ale kilka zdań i hipertekstowy odnośnik do sygnatury akt: „Tego dnia, w tej komendzie, ta decyzja. Sąd stwierdził, że była bezprawna. Warto wiedzieć.” Otworzył stronę i zobaczył, że komentarze są wyłączone, a formularz kontaktowy prowadzi w pustkę.

To właśnie jest moment, w którym opinia – rzecz tak zwyczajna jak rozmowa przy płocie – zostaje zdmuchnięta, zanim zdąży się ułożyć w słowa widoczne dla kogokolwiek poza jej autorem. Mateusz nie mógł jej wypowiedzieć tam, gdzie byłaby zauważona, bo właściciel zasobu (strony internetowej komendy) nie przewidział miejsca na głos obywatela, a nikt inny nie miał prawa otworzyć takiego miejsca za niego.

Środek do prania, który gryzł w skórę

Jolanta kupiła w znanym serwisie aukcyjnym środek do prania, który po jednym cyklu zostawił jej na ramionach i karku czerwone, piekące plamy. Wyglądało to na reakcję alergiczną, tak więc, jak każda osoba uformowana w kulturze analitycznej poszła szukać informacji.

Obraz wysypki na skórze kobiecych pleców.

Sprawdziła kod EAN na opakowaniu, potem skład, a następnie europejską bazę dotyczącą substancji chemicznych w produktach konsumenckich. W końcu dotarła do informacji, która ją zaniepokoiła: jeden ze składników był dopuszczony w Unii Europejskiej jedynie w stężeniu nieprzekraczającym kilku setnych procenta, natomiast tu, wedle składu znalezionego w specyfikacji, występował w stężeniu znacząco wyższym. Dermatolog potwierdził, że skóra Jolanty prawdopodobnie zareagowała właśnie na ten składnik, a toksykolożka z uczelnianego forum dodała, że taka niezgodność ze wspólnotową normą powinna skutkować wycofaniem partii.

Jola wróciła więc do serwisu aukcyjnego i napisała rzetelną opinię pod stroną produktu. Opisała objaw, badanie składu, wskazała nazwę substancji, podała stężenie deklarowane oraz dopuszczalne. Na koniec dodała ostrzeżenie dla osób z wrażliwą skórą i zaznaczyła, że nie ma zamiaru nikogo oczerniać, lecz chce, by inni kupujący wiedzieli, z czym się mierzą. Opinia wisiała trzydzieści siedem minut. Została zdjęta z uzasadnieniem: „nieuczciwa konkurencja”. Jolanta nie była konkurencją – jedyne, co kiedykolwiek sprzedała w tym serwisie, to dwa pudełka perfum z lat studenckich. Napisała odwołanie i dostała formularz. Wypełniła formularz i otrzymała informację zwrotną, że decyzja jest ostateczna.

Tak oto uczciwa, dobrze uzasadniona opinia osoby kupującej została skasowana nie dlatego, że była fałszywa, lecz dlatego, że zagrażała relacji biznesowej między operatorem serwisu a sprzedającym, który płaci mu prowizję. W świecie, w którym opinia o produkcie jest zapisana w bazie sprzedawcy lub pośrednika, jej usunięcie jest tak samo proste jak usunięcie pliku. I nikt poza autorką, która o niej pamięta, nie wie, że kiedykolwiek istniała.

Dziesięć lat lojalności

Mirosław przez dziesięć lat był aktywnym użytkownikiem serwisu społecznościowego, w którym dzielono się odnośnikami do wartych uwagi artykułów, felietonów i esejów. Dodał przez ten czas ponad osiem tysięcy linków, zebrał wokół siebie niewielką, stałą grupę odbiorców, pisał krótkie komentarze wprowadzające, czasem polemiczne, a czasem ironiczne, ale zawsze w sposób kulturalny.

Fotografia smutnego mężczyzny w okularach z załzawionymi oczami.

Ekipa zarządzająca serwisem zmieniła się w zeszłym roku, a wraz z nią zmianie uległ ton: pojawiła się nowa, niepisana linia redakcyjna, dla której pewne tematy były nie na miejscu.

Mirek nie zmienił stylu, nie naruszał regulaminu, nie obrażał ludzi, ale też nie przestał odsyłać do tekstów, które nie zgadzały się z nową linią programową operatora, którego niekiedy można by uznać za wydawcę.

W lutym dostał ostrzeżenie, w marcu blokadę na dobę, a w maju, bez wyjaśnienia wykraczającego poza zdawkową formułkę, trwale zablokowano mu dostęp do konta. Razem z kontem zniknął dostęp do tysięcy odnośników, setek komentarzy i dziesięciu lat relacji z ludźmi, których znał tylko po pseudonimach. Napisał do administratorów, ale dostał uprzejmą odpowiedź w rodzaju „decyzja jest ostateczna”. Z kolei na forum innego serwisu dowiedział się, że nie jest pierwszy, bo od kilku miesięcy moderacja usuwa konta tych, których poglądy uważa za niewłaściwe, niezależnie od stażu i zachowania.

Nasz bohater nie pokłócił się z siecią ani z ludźmi. Pokłócił się z właścicielem dostępu do zasobu, który w dodatku bazował na treściach dostarczanych przez użytkowników. A ponieważ to zasób, czyli czyjaś własność, a nie kultura, jego obecność została skasowana jednym kliknięciem.

Feudalna sieć

Człowiek, który wychodzi przez okno

Wszystkie trzy historie mają wspólny kształt: ktoś ma do powiedzenia coś prawdziwego i dobrze uzasadnionego, lecz nie ma własnego miejsca, w którym mógłby to powiedzieć. Musi więc korzystać z cudzego. To cudze miejsce ma regulamin, politykę moderacji, interes biznesowy, grupę właścicielską, a często także – co w tej opowieści najważniejsze – pełną kontrolę nad widocznością wypowiedzi.

W takiej sieci opinia nie jest aktem mowy, lecz zapisem w bazie danych operatora. A zapis w cudzej bazie zawsze jest czyjąś własnością i czyjąś decyzją. Można go usunąć, zmienić, a nawet nigdy nie pokazać; można go też ograniczyć do wybranych czytelników, a wreszcie – co dzieje się najczęściej – po prostu wyłączyć formularz, żeby nie powstał. To jest wolność mówienia pod warunkiem uzyskania zgody kogoś związanego relacją zależności z komentowaną czy ocenianą rzeczą.

Wyobraźmy sobie, dla jasności, sytuację z życia. Załóżmy, że kupiłem wadliwy telefon. Stoję z sąsiadką na chodniku przed lokalem, w którym ten telefon wczoraj nabyłem. Opowiadam jej, co się stało: że baterii starcza na trzy godziny, ekran miga, a zwrotu nie chcieli przyjąć. Nagle otwiera się okno, przez które żwawo wypełza sprzedawca, podchodzi do nas i mówi:

Proszę tu tego nie opowiadać,
to jest obok   m o j e g o   sklepu,
a państwo mi nie płacą za prawo do opinii.

Uznalibyśmy to, słusznie, za zachowanie absurdalne, skandaliczne, a nawet, być może wymagające interwencji specjalisty do spraw zdrowia psychicznego. Ale w sieci Internet akceptujemy odpowiednik tej sceny codziennie.

Godzimy się na to dlatego, że utożsamiliśmy opinię o czymś z umiejscowieniem tego czegoś. Zdążyliśmy uwierzyć, że opowiadanie o telefonie przy sklepie jest czymś innym niż opowiadanie o telefonie na stronie WWW tego samego sklepu. Otóż nie jest. To jest ta sama rozmowa, odbywająca się w tej samej roli społecznej, między tymi samymi ludźmi, i dotycząca tego samego zdarzenia. Różni się medium, a medium w kulturze zdrowej nie powinno odbierać człowiekowi prawa do mówienia.

Można powiedzieć, że w sieci odbiorców jest więcej i dlatego to nie jest to samo. Moim zdaniem jest to lekkie pomieszanie problemów. Skala odbioru nie jest przecież czymś nowym i nigdy nie była argumentem za uciszaniem mówcy. Prasa drukarska, radio i telewizja, codzienna gazeta – od stuleci miały wielu odbiorców. Jeden autor, a milion czytelników bądź widzów. Odpowiedzią kultury prawnej nie było odebranie autorowi prawa do wyrażania opinii, lecz nałożenie na niego odpowiedzialności za prawdę. Powstawało prawo prasowe, prawo cywilne, zapisy o ochronie wizerunku i dóbr osobistych, a w końcu skodyfikowana odpowiedzialność karna za zniesławienie.

Poza tym sklepikarz we wcześniejszej analogii nie jest przecież pojedynczym sklepikarzem, ale zespołem odpowiedzialnym za kształtowanie przekazu: zarówno u faktycznych wydawców przebranych za tak zwanych operatorów mediów społecznościowych, jak i u sprzedawców. Obawa przed skalą to zazwyczaj obawa przed ujawnieniem prawdy udająca troskę o porządek.

Tło historyczne

Gdy jakiś czas temu, dzięki zaproszeniu dra Krzysztofa Popińskiego, gościnnie prowadziłem wykłady na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu, pokazywałem studentom oś czasu, na której treść w kulturze ludzkiej stopniowo uwalnia się od kolejnych „opakowań”.

Grafika przedstawiająca różne etapy ewolucji mediów.

Najpierw pojawia się tam wolność od nośnika: rękopis mógł zostać skopiowany, książka przepisana, a pieśń zanotowana – w ten sposób ten sam sens mógł żyć w wielu egzemplarzach, a nie w jednym przedmiocie. Potem treść uwolniła się od ludzkiego producenta: wynalezienie druku przeniosło ciężar z kaligrafa na każdego, kto miał prasę i papier, a później na każdego, kto miał komputer i drukarkę. Dalej wyzwoliła się z zamknięcia w procesie wydawcy: blogi, fora i serwisy tematyczne prowadzone przez pasjonatów sprawiły, że autor nie musiał już prosić redakcji o pozwolenie, żeby zostać wydanym i przeczytanym.

To przejście jest faktem historycznym – długim i okupionym walkami politycznymi oraz ekonomicznymi – ale też niedokończonym. Zostało bowiem jeszcze kilka warstw, w tym obecna, która niemal dwie ostatnie dekady spędziła na cichym wchłanianiu pozostałych: operator platformy. Zdążyliśmy zobaczyć pluralizm w akcji – mamy masę serwisów z treściami tworzonymi przez użytkowników, ale de facto niebędącymi pod kontrolą tych użytkowników.

Grafika przedstawiająca różne technologie i poziomy kontroli w nowoczesnych mediach.

To operator decyduje dziś, czyja opinia zostanie wyświetlona, czyje konto będzie aktywne, czyj komentarz ukryty, a czyj wyrok sądu podlinkowany.

Uwolnienie treści od operatora platformy jest, moim zdaniem, naturalnym kolejnym krokiem tego samego procesu. I nie jest to marzenie polityczne ani ideologiczne, ale techniczne i kulturowe, zakorzenione w tym samym odruchu, który kiedyś pozwolił skopiować rękopis, uruchomić prasę drukarską, a potem założyć blog na własnym hostingu.

Rój i opinia autora

Wyobrażam sobie świat, w którym rój węzłów Orbiplex zaczyna być widoczny jako zwykła infrastruktura, a opinia przestaje być wpisem w czyjejkolwiek bazie, stając się rzeczą z natury przenośną, podpisaną i rozpoznawalną – niezależnie od tego, gdzie się aktualnie znajduje.

Mechanizm, na którym to wszystko stoi, jest zaskakująco mały: opinia odnosi się do zasobu, a zasób jest opisany parą: klasa (resource/kind) i identyfikator (resource/id). Klasa mówi, czy chodzi o stronę internetową, produkt opisany kodem EAN, książkę, miejsce, film czy artykuł prasowy. Identyfikator z kolei określa, który dokładnie obiekt tej klasy mamy na myśli. Z tej pary powstaje jeden kanoniczny klucz w formie klasa:identyfikator, na przykład:

url:https://komenda.example.pl/x   albo   ean:5901234123457.

To wszystko. Nie ma jednej globalnej bazy ani operatora, który by decydował, co wolno powiedzieć.

Opinia w tym modelu jest osobnym, małym artefaktem typu resource-opinion.v1. Ma ona kilka pól: identyfikator, klasę i identyfikator zasobu, a także autora, czas napisania, ewentualny tekst i określenie jego języka, opcjonalną ocenę w skali od jednego do pięciu. Tak skomponowana opinia jest cyfrowo podpisana przez autora, czyli uczestnika, który ją wyraził, a jej autentyczność nie zależy od tego, czy operator akurat uznał za stosowne ją wyświetlić.

Kiedy Mateusz napisze kilka zdań o komendzie, zaistnieją one w roju jako opinia od momentu podpisania, niezależnie od tego, czy strona komendy ma przestrzeń na komentarze i czy są one włączone. Gdy Jolanta opisze niezgodność składu z normą europejską, jej opinia nie zawiśnie na łasce działu prowadzącego relacje handlowe serwisu aukcyjnego – będzie żyć w rozproszonej pamięci roju, związana z kodem EAN konkretnej partii produktu. Gdy Mirek doda krótki komentarz pod odnośnikiem do eseju, jego wypowiedź będzie zawsze należała do niego, a nie do serwisu społecznościowego, w którym nagle zmieniła się linia redakcyjna.

Takie opinie są w roju osobną klasą artefaktów. To ważna decyzja projektowa, bo opinia o zasobie nie jest tym samym, co reputacja człowieka. Reputacja dotyczy osoby, węzła, organizacji. Opinia dotyczy czegoś na zewnątrz: książki, strony, produktu, miejsca, instytucji. Rój dba o to, by te dwie rzeczy się nie zlewały: żeby negatywna opinia o kremie na grzybicę nie przekładała się automatycznie na piętno dla jego producenta, a rozpowszechniony wyrok sądu w sprawie bezprawnego legitymowania nie zmieniał reputacji każdego policjanta w kraju. Rój jest narzędziem do mówienia, a nie do wydawania masowych wyroków.

Co więcej, nikt w roju nie jest zobligowany do słuchania. Każdy węzeł i federacja mają prawo powiedzieć: „te klasy zasobów nas interesują, a tamtych nie chcemy widzieć”, „te opinie ważą dla nas więcej, tamte ważą mniej”, „ten autor dla naszej federacji jest już znany, tamtego jeszcze sprawdzamy”. To nie jest cenzura, lecz naturalne filtrowanie uwagi, takie samo, jakie każdy z nas stosuje w życiu, gdy słucha jednego sąsiada uważniej, a drugiego mniej. Różnica polega na tym, że filtr należy do słuchacza, a nie do właściciela korytarza, po którym rozchodzi się dźwięk.

W świecie feudalnej sieci filtrem jest regulamin cudzej platformy i jej zależności finansowe. W świecie roju filtrem są zasady własnych agentów, uruchamianych na własnym sprzęcie, a suwerenne reguły wyrażają poszanowanie dla tego, kogo wybrałem jako autorytet w danej dziedzinie.

Wyobrażam sobie zatem – i to jest właściwie cała puenta tego odcinka – że w takim świecie Mateusz, Jolanta i Mirek wciąż spotkaliby się z bezczelnością: Mateusz zostałby bezprawnie zatrzymany, Jola kupiłaby drażniący środek do prania, a Mirek dalej mógłby napotkać nowych, ideologicznie zorientowanych moderatorów. Rzeczywistość nie stałaby się wolna od drobnych tyranii i złośliwości. Zmieniłoby się jednak coś innego: żadna z tych trzech osób nie straciłaby głosu tylko dlatego, że akurat nie ma na wyposażeniu prasy drukarskiej, portalu sprzedażowego ani serwisu społecznościowego. Opinia należałaby do jej emitenta, a nie do cyfrowego pana feudalnego. A rój – cichy i pozbawiony centralnej sceny – zadbałby o to, żeby ktoś, kto chciałby ją usłyszeć, mógł to zrobić.

To jest marzenie, które nie wymaga rewolucji, lecz odrobiny dobrej inżynierii i prostej zasady:

Opinia należy do tego, kto ją wypowiedział.

Jesteś w sekcji Wyobrażam sobie, że…
Tematyka:

Taksonomie: